Niedawno usłyszałem od znajomej, że „po odejściu z korpo, brakuje jej codziennych kontaktów z innymi ludźmi”. Okazuje się, że praca od-do, w żywym roju ludzi, codzienne zanurzenie w setki procesów miała swoje cienie, ale i blaski.
Pracując w big korpo, można zniechęcić się jej bezwładnością, powolnością załatwiania spraw, czasem tak wielką, że odechciewa się próbować. Można zniechęcić się decyzjami, które są wprawdzie dobre dla 90% spraw i osób w całej organizacji – problem, gdy jesteś w tych pozostałych 10%. Bywa, że kraj, w którym mieszkasz, jest w tych „pominiętych 10%”
itd.
Są jednak niewątpliwie dobre strony pracy w dużej organizacji. Najważniejsze z nich to:
- stabilność zatrudnienia,
- doskonałe szkolenia,
- nieustanny networking.
Gdy ktoś odchodzi z pracy etatowej (zwłaszcza z dużej organizacji), tych trzech rzeczy będzie mu zapewne najbardziej brakowało.
O ile pierwsze dwie da się załatwić pieniędzmi, o tyle o tę trzecią trzeba samemu zadbać.
Jak?
1.
Trzeba przezwyciężyć swoją nieśmiałość i cynizm (jeśli były) i być bardziej humanistycznym i życzliwym w swoich kontaktach. Budowanie zaufania jest ważne w każdej relacji, ale w pracy na własny rachunek staje się krytyczne. Postawa ja „zbawca i wszechwiedzący” vs. morze idiotów nie pomoże.
2.
Współczesne procesy sprzedaży są przede wszystkim (a miejscami całkowicie) cyfrowe. Dlatego twoi potencjalni klienci poznają cię głównie ze świata wirtualnego. Będziesz dla nich po prostu awatarem, którego widują na wideokonfie, zdjęciu w stopce e-maila, a od czasu do czasu na LinkedIn. W takim środowisku łatwo jest zacząć postrzegać drugą osobę jako kogoś nieprawdziwego, nierealnego.
ProTip: wobec postaci fikcyjnych nie czujemy empatii. To dlatego hejt w relacjach cyfrowych jest intensywniejszy.
Jednak nie dla każdego nawiązanie cyfrowych relacji jest takie proste. Najlepszą metodą jest stopniowe zanurzanie się w świecie wirtualnym. Na LinkedIn polecam zaczynać od pisania komentarzy. Najlepszy sposób, by skonfrontować się, ze swoimi strachami społecznymi, własną kruchością, a zwłaszcza lękiem przed krytyką.
3.
Networking osobisty, fizyczny, realny (jak zwał), to okazja, by wyjść z „cyfrowej skorupy” i dotknąć prawdziwych ludzi. Takiego kontaktu może jednak zabraknąć, gdy dociążymy się obowiązkami – o to wszak nietrudno.
Dlatego niezależnie od liczby obowiązków, zleceń, spraw na głowie czy poziomu zmęczenia (prawda, że ciężko się wyspać, gdy wokół wciąż jasno, gorąco, a w powietrzu pyłki?) warto regularnie i ochoczo brać udział w spotkaniach networkingowych, czyli po prostu w poznawaniu nowych ludzi.
Jak Ty dbasz o rozwój sieci znajomych?